Pamiętacie kiedy przed świętami
pisałam o porządkach świątecznych? "Nie dajmy się zwariować", "przecież
sprzątamy regularnie, dlatego po co stawać na głowie dla dwóch dni" i
takie tam? Nie wiem czy na mnie po prostu Wiosna działa bardziej niż
Boże Narodzenie (to byłoby dziwne, bo Wiosna nie przynosi prezentów...
;p), czy to jakiś Czar dopada ludzi, że nagle jak zahipnotyzowani biegną
po kosiarki i zaczynają niczym mąż jeden równiutko trawkę przycinać?
Tak czy siak coś mnie dziś dopadło, efektem czego było to, że ja dopadłam Szmatę i tak obie sobie biegałyśmy po domu.
Ja i Szmata. Szmata i ja.
Jak tak teraz się rozejrzę po metrażu, po tym co już zrobiłam i co
jeszcze mam w planie to sobie myślę, że do lodów, co to je rano jadłam,
chyba coś dosypano... I musiało to być mocne ;D
Ale do rzeczy :) bo dziś będzie o rzeczy. Albo raczej o przemyśleniu. Moim, a nie Szmaty ;)
Parę dni temu wracając z pracy poczułam, że coś mi ciąży. W tym miejscu
muszę dodać tym, który jeszcze mnie nie znają, że pracę swoją lubię :)
Dlatego wiedziałam, że to ciążenie nie mogło być efektem ciężaru
obowiązków (choć mam takowe, żeby nie było), ani też efektem ciężaru
dnia następnego ("o rany, jutro też trzeba iść do pracy...").
Zaczęłam się zastanawiać, myśleć, analizować
jak na prawdziwą Kobietą przystało. Kryminałów się naczytałam, więc drogę dedukcji mam opanowaną.
Szybko więc zrozumiałam co takiego mi ciąży. Otóż były to Kąciki Ust.
Kąciki Moich Ust opadały bezwiednie w kierunku podłoża. Uświadomiłam
sobie, że czuję się, jakby mi ktoś końską podkowę do twarzy przytroczył!
Jezu! Ależ te Kąciki stały się ciężkie!! Co się stało, do cholery??!
Może grawitacja nabrała mocy? Niee... to chyba niemożliwe...
Rozglądając się wśród ludzi doszłam do wniosku, że to może być jednak
grawitacja, bo te podkowy to my prawie wszyscy mamy na twarzach. Nie
licząc dziewczyny idącej pod rękę z chłopakiem. W drugiej dzierżyła
czerwoną różę, więc wiadomo o co chodzi...
A reszta? Ci bez róż? I bez chłopaków???
Co się z nami stało? Boimy się zmarszczek mimicznych, czy co? Straszne!
Przecież uśmiechamy się do innych. W sklepie, w pracy, w domu.
Może i uśmiechanie się do siebie wygląda dziwnie... ale żeby od razu głupio? Że wariactwo?
Niee.... uśmiech jest zaraźliwy :) zarażajmy się więc! Lepiej tak niż ptasią grypą ;D
Macie podobne doświadczenia? Czy to ja jestem już przeczulona? I się dopatruję i czepiam,
jak przystało na prawdziwą Kobietę :P
Podejrzewam, że podczas Długiego Weekendu będziecie mieli wiele powodów
do uśmiechu :) ale mimo wszystko poniżej kilka przykładów :) w razie
gdyby ktoś zapomniał...
Z tak wysuszonymi ząbkami zamierzam odwiedzać, być odwiedzaną, jeść
dobre rzeczy, pić jeszcze lepsze rzeczy :) odpoczywać aktywnie i
nieaktywnie, kochać i cieszyć się Słońcem lub Deszczem ;p
A Wy?
Cokolwiek będziecie robić, gdziekolwiek będziecie UŚMIECHAJCIE SIĘ :) do siebie i innych :)
Udanego Czasu!
Namaste! :)